„Interaktywny Che”, czyli guerilla marketing w Internecie. – Portal PR - 24PR




„Interaktywny Che”, czyli guerilla marketing w Internecie.

07.09.2009 Kategoria: MARKETING. Autor: infopr

ATOM_Bawiliście się kiedyś w podchody? Zostawialiście za sobą ślady, gubiliście tropy? Jeśli tak, to nieobce są Wam z pewnością zasady guerilla marketingu .

Nastały dziwne czasy – kryzys powoduje spadek zaufania do marek, jednocześnie sprawiając, iż klienci wybierają dobra relatywnie droższe (przekonani o opłacalności tego kroku). Jak w stosunkowo niedrogi i nowatorski sposób sprawić, aby to właśnie nasz produkt czy marka zostały zauważone? I tu właśnie na pomoc zagubionym przedsiębiorcom przybywają agencje marketingowe, posiadające w swej ofercie to stosunkowo młode narzędzie reklamy.

Guerilla, z języka hiszpańskiego partyzantka, swą nazwę zawdzięcza sposobowi, w jaki przeprowadzane są akcje promocyjne. Zaskoczyć, przyciągnąć uwagę, zbudować relację. Łatwe? Wręcz przeciwnie. Konsumenci są znudzeni. Bombardowani z każdej strony popadają w reklamową znieczulicę i coraz trudniej do nich dotrzeć. Nie wystarczy już 30 sekundowa reklama, jakkolwiek przyciągająca uwagę by nie była. Żyjemy w czasach, kiedy sprzedaż produktu jest wyjątkowo trudnym procesem. Chęć wybicia się i wygrania z konkurencją skłania nas do coraz to bardziej nowatorskich sposobów promowania naszych marek. W jaki zatem sposób wykorzystać marketing partyzancki do naszych celów?

Dowiedz się, z czym masz do czynienia.
Marketing partyzancki – jak to ugryźć? Proste – poznać zasady. A raczej ich brak. Jay Condard Levinson, określany mianem ojca tego nurtu, wytyczył pewne drogi, po których firmy mogą się poruszać. Nie powiedział jednak, że nie da się zboczyć na własne. Kiedy w 1984 roku wydawał swoją książkę nie zdawał sobie pewnie sprawy z wpływu, jaki wywrze ona na świat reklamy. To dzięki niemu mniejsze firmy są dzisiaj w stanie konkurować z wielkimi, przynajmniej w sferze innowacyjnej reklamy. Przez ponad dwadzieścia lat popularność i metody, wykorzystywane przez marketing partyzancki, rozwinęły się w ogromnym stopniu. Nie potrzeba już milionów, by nasz produkt stał się rozpoznawalny i kochany przez konsumentów. Jedyne, czego nam potrzeba, to ogromna doza kreatywności i szerokie horyzonty myślowe. Levinson podkreślał jednak na każdym kroku, iż nie wystarczy tylko przyciągnąć uwagi, nasze działania muszą być poparte przez idący za reklamą produkt, który nie rozczaruje konsumenta.

Jak to się wszystko zaczęło?

Levinson był pierwszy, to fakt. Jego książka o marketingu partyzanckim stanowiła jednak zaledwie czubek góry lodowej. Początki były trudne, kroki radykalne, ale marketing partyzancki ciągle się rozwijał. Co najciekawsze, metoda, która kierowana była początkowo do mniejszych przedsiębiorstw, zaczęła być wykorzystywana także przez ogromne koncerny. Nie dlatego, że było taniej. Dlatego, że wzbudzało większe zainteresowanie firmą wśród odbiorców. Rozwój Internetu przyczynił się w znacznym stopniu do zwiększenia popularności tej metody promowania produktów i idei. Jak zatem wykorzystać te narzędzia? Sposobów jest wiele, zajmijmy się zaledwie kilkoma, by choć odrobinę przybliżyć to zagadnienie.

Daj coś za darmo!
Najlepszym sposobem na skłonienie kogoś do zakupu jest podarowanie mu czegoś za darmo. Należy zastanowić się nad tym, co przyciągnie uwagę naszej grupy docelowej. Próbka, koszulka ze śmiesznym hasłem reklamującym Twój produkt, darmowy program czy gra, możliwości są ogromne. Nie zmarnuj jej, od tego zależy, czy dalsza część kampanii odniesie sukces. Bo dalsza część musi nastąpić. Nie wystarczy przyciągnąć uwagi, sztuka polega na jej utrzymaniu.

Wywołaj zamieszanie wokół swojej firmy.

Dałeś już coś potencjalnemu konsumentowi? Wspaniale, teraz wystarczy sprawić, żeby wszyscy inni też chcieli to dostać. Wciągnij do swoich działań bloggerów, stwórz wokół swojego produktu atmosferę tajemnicy. Niech tym, którzy dostali to COŚ wydaje się, że należą do grupy wybrańców. Stwórz kampanię, która będzie wymagała od użytkowników wysiłku, niech błądzą, odkrywają tropy. Na końcu tej ścieżki ma być Twój produkt. Pozwól konsumentowi poczuć, że wykonał świetną pracę, próbując go zdobyć. Niech będzie to swego rodzaju trofeum.

Zaszokuj, ale pamiętaj o granicach.
W Internecie znaleźć można mnóstwo przykładów akcji partyzanckich. Jedne odniosły sukces, inne nie. Dlaczego? Bo liczy się pomysł. Zorganizowanie akcji, stworzenie serwisu czy nakręcenie filmu może wystarczyć, ale tylko wtedy, gdy przyciągnie uwagę. Najłatwiej osiągnąć taki efekt przez zaszokowanie użytkownika. Wszystko zależy oczywiście od grupy docelowej, pamiętać jednak należy o granicach. Coś, co jest dopuszczalne dla naszej grupy docelowej, dla innych może stać się źródłem reklamowej niestrawności. Nie przesadzajmy zatem, bawmy się konwencjami, pamiętajmy jednak o pewnych granicach, których nie warto przekraczać. Fakt, będą o nas mówić, ale czy o taką sławę nam chodzi?

Co najpierw – akcja uliczna czy działania w Internecie?
W klasycznym ujęciu opierać powinniśmy się na działaniach naziemnych, akcjach ulicznych. Fakt, daje to dużo możliwości, ożywia wizerunek. Jak jednak dać znać światu o naszych działaniach? Przez Internet. I tak koło się zamyka. Internet jest ogromnym medium, daje nieograniczone możliwości. W stosunkowo tani sposób jesteśmy w stanie zorganizować coś, co przyciągnie uwagę i stworzy wokół naszej marki, produktu czy idei rzeszę wiernych konsumentów. Nie hamujmy się zatem, jedyne, co nas ogranicza, to nasza wyobraźnia. Im pomysł bardziej nowatorski, tym większe prawdopodobieństwo, iż zostaniemy zauważeni i zapamiętani.

Autor artykułu:
Joanna Jędrasik
ePublic Relations Specialist
ATOM Media Interaktywne
http://epr.atomseo.pl

Email: joanna.jedrasik@atom.lodz.pl
tel.42 637 50 88

Podobne wpisy:







Wszelkie prawa do portalu w rozumieniu ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych zastrzeżone są na rzecz MERKON GROUP CEZARY KRAJEWSKI i odpowiednio na rzecz współpracujących podmiotów i nie mogą być rozpowszechniane w całości bądź w części (także kanały RSS) bez uprzedniej pisemnej ich zgody.